Kto pyta nie błądzi, kto szuka ten znajduje, kto puka temu otworzą.
Okres przedszkolny się skończył i przyszła pora na szkołę. Ustalony harmonogram lekcji, godziny od - do, podręczniki, ćwiczenia i worek na buty. Radość dziecka, że "przecież tam będą inne dzieci, z którymi można się fajnie bawić". Entuzjazm, "bo tyle jest ciekawych rzeczy, których można się dowiedzieć o świecie"... Ani radości, ani entuzjazmu nie starczyło na długo. Wyparła je wszechobecna w szkole NUDA.
Do końca szóstej klasy chodziłem normalnie do szkoły państwowej. Szkoła byłaby w sam raz, gdyby nie to, że lekcje trwały tylko 45 minut a potem były nikomu niepotrzebne, wrzaskliwe przerwy. Klasy były skąpo wyposażone pod względem sprzętu. Najczęściej były w klasie ławki ustawione w równych rzędach, czarna tablica, jakiś regał i parę zakurzonych gazetek na ścianach. Do tego niewygodne krzesła, na których nie mogłem usiedzieć, bo lubię się uczyć na leżąco lub "chodząco". Każda lekcja zaczynała się sprawdzaniem listy obecności, potem odpytywanie i kontrola prac domowych. Prawdziwa nauka to ostatnie 20 minut. Lekcje były dość nieciekawie prowadzone, więc często się na nich nudziłem, gdyż to, co akurat było w danym momencie przerabiane najczęściej już znałem. Oprócz tego, że nie było żadnych filmów dokumentalnych, ani ciekawych pomocy naukowych, to jeszcze na lekcji był "czarno-biały" nudny wykład i "resztę doczytajcie z podręcznika".
Zawsze byłem spokojny i opanowany, nie lubiłem wrzeszczeć, przepychać się i grać w piłkę nożną. Do czwartej klasy czasami zaczepiali mnie niektórzy chłopcy ze szkoły. Pewnego razu najbardziej agresywny chłopak przesadził z zaczepianiem, więc bez żadnego wysiłku i jak dawno wygasły wulkan wybuchłem. Złoiłem mu skórę i potem już mnie nikt nie zaczepiał. Chłopak zrobił się trochę spokojniejszy i przez jakiś czas był normalnym kolegą. Chodził nawet ze mną na koncerty muzyki poważnej. Podobno miał ADHD, ale na koncertach jakoś spokojnie siedział. Nie miałem potem nigdy innych problemów z rówieśnikami. Przyjaźniłem się i często rozmawiałem z dziewczynami i kolegami. Lubiłem najbardziej tych, z którymi można było na jakieś ciekawe tematy porozmawiać. Często też przesiadywałem sam, gdyż lubiłem lekką samotność. Wtedy mogłem spokojnie pomyśleć i pouczyć się. Zostało mi to do tej pory. Przemek 15 lat
Nuda stała się codziennym gościem w odpowiedziach na pytanie "co było ciekawego dzisiaj w szkole". Pierwsza odpowiedź brzmiała "jak zawsze nudno" a druga "znowu zastępstwo". Trudno mi było patrzeć jak znika chęć i radość eksplorowania świata przytłaczana definicjami, formułkami i schematami. Jak coraz bardziej rozkawałkowuje się świat dzielony na przedmioty i rozdziały. Jak zaczynają się bardziej liczyć popełnione błędy od odniesionych sukcesów. Przypominałam sobie swoją szkołę i to, jak sama w niej się uczyłam. Przypominałam sobie smak upokorzeń moich i innych dzieci wyzywanych od debili, matołów, nieuków, pozbawianych poczucia własnej wartości. Nie mogłam się pogodzić z rytmem szkolnym zabierającym mnóstwo godzin i dającym w zamian bardzo niewiele.
Z obserwacji i własnych doświadczeń uważam, że w typowej, polskiej, wielkomiejskiej i państwowej szkole można nauczyć się przede wszystkim negatywnych zachowań: agresji, bezmyślnego konformizmu, krętactwa i wygodnictwa. Taka szkoła nie sprzyja rozwojowi własnych zainteresowań ani kształtowaniu charakteru. Przepełnione klasy z główną pomocą naukową w postaci tablicy są prawie ostatnim bastionem zacofania technologicznego. Do tego rzesza nisko opłacanych i niestety często niedouczonych nauczycieli dopełniają obrazu polskiej edukacji. Owszem pamiętam kilku wspaniałych, pełnych entuzjazmu i serca nauczycieli, będących pasjonatami, ale przygniatająca większość była inna. Mnie od nudy ratowały wagary spędzane w bibliotece i lesie a potem działanie w harcerstwie, gdzie od takich ludzi jak przedwojenni druhowie uczyłam się czym jest poczucie godności, pasja i podążanie za marzeniami.
Jak wybrnąć z tej matni? Jak nie pozwolić na odebranie dzieciom radości poznawania i odczuwania świata wokół siebie? Zdecydowałam się na wyjście kompromisowe, które nazwałam nauką pomimo szkoły.
Wtajemniczyłam dzieci w zasady:
możecie nie iść do szkoły, ale zróbcie trzy razy tyle w trzy razy krótszym czasie,
uczcie się dla siebie a nie dla ocen,
jeśli nie lubicie jakiegoś nauczyciela, nie przekładajcie tej niechęci na dziedzinę, której uczy,
nie pozwólcie sobie odebrać radości uczenia się,
bawcie się nauką i zaglądajcie na dalsze strony w podręcznikach i ćwiczeniach jeśli tylko macie na to ochotę,
świat jest całością - nie dajcie sobie wmówić, że jest podzielony na przedmioty,
zadawajcie jak najwięcej pytań, róbcie doświadczenia, szukajcie odpowiedzi,
czerpcie inspirację ze starożytnych i współczesnych mistrzów,
pamiętajcie, że popełnianie błędów to trening a nie porażka.
Formalnie Przemek przeszedł do Edukacji Domowej w pierwszej klasie gimnazjum, nieformalnie takową edukację prowadziliśmy całe sześć lat podstawówki nazywając to "szkolną partyzantką". Przeciętnie opuszczał połowę zajęć dostarczając fikcyjne zwolnienia lub usprawiedliwienia wypisywane przeze mnie. Nie było to być może uczciwe, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy o możliwości spełniania obowiązku szkolnego poza szkołą. O takiej możliwości dowiedzieliśmy się w 2004 roku z książki Marka Budajczaka "Edukacja domowa" i od razu podjęliśmy wspólną decyzję o rezygnacji z ograniczeń systemu szkolnego.