Istniejące systemy dają doskonale znane rezultaty. Jeśli potrzebne jest coś innego, należy zmienić system.
Krok trzeci - spójrz wokół siebie
(...) codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy.
Éric-Emmanuel Schmitt
Niech będą pochwalone urlopy wychowawcze. Są wspaniałą możliwością bycia z dzieckiem w jednym z najważniejszych okresów w jego życiu. Dają możliwość zarówno matce, jak i dziecku zbudować pierwsze relacje na tyle bliskie, by stały się podstawą dla całego życia.
Ponieważ między moimi dziećmi są cztery lata różnicy, to łącznie spędziłam na nich osiem lat, podejmując decyzję, że moje dzieci nie będą w żadnej "przechowalni" ani z "kluczem na szyi". Pamiętałam ze swojego dzieciństwa rzadki kontakt z przepracowaną matką i dominujące poczucie samotności. Wiedziałam, że lata dzieciństwa tak szybko mijają, że pewnych rzeczy nigdy się nie nadrobi. Jest czas na zabawę i towarzyszenie dziecku i jest czas na wypuszczenie go spod skrzydeł. Wolałam życie w skromniejszych warunkach, ale z możliwością doświadczenia pełni macierzyństwa. Jedną z decyzji, których trzymałam się przez wiele lat była ta, iż mogę mieć tylko wolny zawód a nie ustabilizowaną, codzienną pracę na etacie. By nie stracić wolności wyboru robiłam różne rzeczy, począwszy od prac manualnych, pilotowania wycieczek zagranicznych, wydobywania minerałów, montowania komputerów aż po prowadzenie warsztatów rozwoju osobistego i dziennikarstwo.
Jak się zaczęły pierwsze podróże? Bardzo wcześnie. Były stałym i nierozdzielnym elementem mojego życia i pracy. Jak dzieci były małe prowadziłam harcerstwo i zajęcia w środowiskach polskich na Białorusi a później wycieczki autorską trasą "Śladami Wielkich Polaków po Kresach". W większości podróży towarzyszyły mi dzieci.
Bez problemu integrowały się z kolegami mówiącymi innymi językami i kilka lat starszymi od nich. To był naturalny proces socjalizacji a nie wymuszony przez narzucone uczestnictwo w jednorodnej grupie rówieśniczej skoszarowanej w klasie szkolnej lub przedszkolnej. Pierwsze przyjaźnie, porażki, konieczność uszanowania poglądów innych osób były bardzo cennymi doświadczeniami.
Z niecierpliwością czekałam aż Przemek będzie zdolny dźwigać plecak na własnych plecach i zaczniemy podróżować autostopem najpierw po kraju a potem po świecie. Początki byłe trudne, przy wszystkich dłuższych trasach inicjowanych przeze mnie i córkę Przemek był klasycznym maruderem. Ciągle słyszałyśmy "nogi mnie bolą", "jestem zmęczony", "daleko jeszcze?". Z tego czasu wzięło się nasze powiedzenie - "jeszcze pół godziny" na określenie trasy, która i tak trwała wielokrotnie dłużej. Czasem trzeba było powtórzyć owo "pół godziny" kilka razy i... odwrócić uwagę.
Pierwsze wędrówki były głównie po Polsce i były tematycznie określone. Jedną z ciekawszych była dwutygodniowa trasa autostopowa "Śladami Piastów" przez Kruszwicę, jezioro Gopło, Biskupin, Gniezno. Autostop razem z dwójką dzieci - 9 letnim synem i 13 letnią córką, był bardzo ciekawy, chociaż córka nigdy nie stała się zwolennikiem podróży tak ekstremalnych i zrezygnowała po jakimś czasie z towarzyszenia nam w wyjazdach wybierając swoje pasje. Podczas tej pierwszej dłuższej trasy zarysował się kształt i formuła naszych późniejszych wypraw. Zawsze były tematyczne, wcześniej przygotowane metodycznie. Nazywałam to zanurzaniem w temat, aby nie było to zwiedzanie "na turystę masowego", czyli "na prawo, na lewo... i idziemy dalej". Braliśmy ze sobą mapy, przewodniki, interesujące książki, legendy. Czym innym było spanie pod Mysią Wieżą i wieczorna opowieść o Popielu oraz czytanie "Starej Baśni" niż zwiedzenie tego miejsca w pół godziny w tłumie ludzi. Wtedy też zaczęliśmy szukać innej formy obcowania z zabytkami. Szukaliśmy chwil, gdy turystów jest najmniej, czyli wcześnie rano lub w nocy. Szukaliśmy ciekawych osób, które mogą nam coś o zwiedzanych miejscach opowiedzieć.
Każda podróż stawała się przeżyciem duchowym i szkołą charakteru. Trzeba było czasem w pełnym słońcu poczekać na samochód, nawiązać kontakt z kierowcą, nauczyć się pytać o drogę i o wodę, umieć zadać pytania przewodnikowi, żeby uzyskać ciekawe informacje. Dużo w tych pierwszych wyjazdach korzystałam z metodyki harcerskiej. Byłam zainspirowana zajęciami i książkami braci Śliwerskich, z których jeden, prof. Bogusław Śliwerski, jest obecnie rektorem Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Łodzi i inicjatorem wielu przedsięwzięć z edukacji alternatywnej i demokratycznej a drugi, Wojciech Śliwerski, szefem wydawnictwa pedagogicznego "Impuls". Bawiłam się układaniem i współtworzeniem razem z dziećmi ciekawych wyjazdów i inspirujących zajęć domowych.
We wczesnym dzieciństwie rodziły się pasje i fascynacje. Część zainteresowań była przemijająca. W życie rodziny na stałe wpisało się wydobywanie minerałów, fascynacja ludzkim mózgiem i jego możliwościami oraz historia antyku i renesansu. Zarówno historia, filozofia, sztuka jak i literatura stały się stałym motywem zabaw i poszukiwań. Człowiek renesansowy stał się ideałem na równi z Dalajlamą, Mahatmą Gandhim oraz odkrywcami, wynalazcami, podróżnikami i pisarzami późniejszych czasów.
Od drugiej połowy podstawówki dla Przemka bardzo inspirujące stały się wzorce różnych alternatywnych rozwiązań szkolnych stosowanych od wieków, a o których mu czytałam. Wiedział, że we Włoszech już w XV-tym wieku była szkoła nazywana Domem Radości założona przez Vittorino da Feltre. Różniła się ona od ówczesnych szkół kościelnych uchodzących za miejsce udręczenia dzieci tym, że nie było tam kar cielesnych a uczono poprzez zabawę i radość poznawania. Rozwijano w niej samodzielność uczniów, zachęcano do pełnego rozwoju osobowości przez studiowanie literatury klasycznej, uczenie języków, kształcenie moralne i fizyczne. Do szkoły przyjmowano także dziewczęta a uczniowie byli w różnym wieku (także kilkudziesięcioletni), wywodzący się zarówno z rodzin szlacheckich, książęcych, jak i biedoty.
Wiedział także o Janie Amosie Komeńskim i jego Pansofizmie, czyli dążeniu do "wszechmądrości" a nie tylko zgłębiania wąskich dziedzin. O kształceniu przekazującym "obraz całości ludzkiego poznania" i będącym kluczem, który ułatwia zdobywanie wiedzy. Razem z Johnem Locke pytaliśmy "wiedza czy rozwój" a z Marią Montessori bawiliśmy się matematyką poprzez doświadczanie. Uczyliśmy się od największych umysłów w dziejach świata czerpiąc inspiracje do własnych pomysłów. Napisałam "uczyliśmy się", gdyż jestem zwolenniczką uczenia się przez całe życie - dla mnie edukacja własnych dzieci była równie rozwijająca i kształcąca. Samemu mając kilka profesji powtarzałam dzieciom - "są różne drogi a wąska specjalizacja jest dobra dla mrówek".