Łącz pracę umysłu z ćwiczeniami fizycznymi.
Krok dziesiąty - egzaminacyjna paranoja
Człowiek zdolny jest się wszystkiego nauczyć, jeśli zajdzie ku temu potrzeba.
-- Daniel Defoe, Robinson Crusoe
Wymogiem uzyskania zgody na edukację domową jest podchodzenie co roku do egzaminów ustnych i pisemnych z każdego przedmiotu. W zasadzie egzaminy powinny być skonstruowane w oparciu o ministerialną podstawę programową. Tyle że ten zapis jest najtrudniejszy do egzekwowania. Szkoły wykazywały się pełną dowolnością w interpretacji tego sformułowania. My chcieliśmy mieć pełen wybór programów i materiałów dydaktycznych, w tym podręczników z jakich chcemy korzystać. Chcieliśmy również móc manipulować materiałem w ramach cyklów dydaktycznych tak, jak mogą to robić nauczyciele układający programy autorskie.
Niestety w żadnej ze szkół nie udało nam się tego przeforsować w pełni. Najczęściej spotykaliśmy się z niemożnością odróżnienia podstawy programowej od programu nauczania dostosowywanego do określonego podręcznika. Wielokrotnie narzucano nam treści i wymagano od nas dostosowania się do obowiązujących w szkole podręczników. Było to podyktowane niechęcią nauczycieli do zapoznania się z podstawą programową i skonstruowania sensownego egzaminu w oparciu o nią. Lepiej było posłużyć się gotowcami i pójść po najmniejszej linii oporu. W gimnazjum zdarzało się nawet, że w ramach całorocznego egzaminu syn miał rozwiązać zestaw klasówek z danej klasy... tylko w o wiele krótszym czasie. Sądziliśmy, iż szkoła, dysponując kilkoma tysiącami złotych rocznie przyznawanymi na ucznia ED (tak samo, jak na inne dzieci), jest w stanie zapewnić konsultacje i przygotować egzamin na odpowiednim poziomie. Niektóre egzaminy były wręcz żenujące, sprawdzające wiedzę faktograficzną a nie myślenie, dedukowanie czy wyciąganie wniosków.
Kilkakrotnie spotykałam się z Radami Pedagogicznymi lub poszczególnymi nauczycielami tłumacząc specyfikę uczenia domowego. Ukierunkowywałam na tworzenie ciekawych, wymagających myślenia egzaminów podobnych do standaryzowanego egzaminu szóstoklasistów i gimnazjalnego. Niestety najczęściej syn otrzymywał nudną, encyklopedyczną "dużą klasówkę". Wspólnie z innymi rodzicami sugerowaliśmy żeby na egzaminie dać szansę zaprezentowania dzieciom swoich całorocznych dokonań i projektów, nad którymi pracowały. Mogłoby być to w formie prezentacji ustnej (z wykorzystaniem multimediów, plansz, makiet itd.) i stanowić część oceny. Byłoby to bardziej rzetelne niż ocenianie dziecka w oparciu o losowe, wyrywkowe sprawdzanie wkutej wiedzy.
Do rodzinnych anegdot przeszło kilka egzaminów. Z wiedzy o społeczeństwie, na którym nie liczyła się działalność syna w organizacjach pozarządowych i czynne działanie w środowisku lokalnym a znacznie ważniejsza była definicja fundacji i stowarzyszenia. Z przedsiębiorczości, na którym był egzaminowany z przepisów emerytalnych a nieistotne było, że od lat sam zarabia na swoich pomysłach całkiem spore pieniądze. Czy z informatyki polegający na wypisaniu na kartce formułek i definicji, bez spojrzenia nawet na prace syna w Corelu, Photoshopie czy zainteresowania się jego umiejętnościami montowania komputerów.
Czym były egzaminy? Wyegzekwowaniem posłuszeństwa wobec systemu, niczym więcej. Sprawdzały głównie pojemność pamięci ignorując umiejętność rozwiązywania problemów czy kreatywność. Nie przywiązywaliśmy wagi do ocen z egzaminów ani do uczenia się konkretnie pod nie. Uznaliśmy je za "cenę wolności", ale nie dostosowywaliśmy do nich nauki. Przemek uczył się pomimo egzaminów kierując się swoimi zainteresowaniami i pasjami. Pewne przedmioty traktował jako zło konieczne i poświęcał na nie minimum czasu. Na opanowanie całorocznego materiału z niektórych przedmiotów wystarczało mu kilka dni. Nadal stosowałam zasadę - nie ucz się pod egzaminy, ucz się dla siebie. Było bardzo dziwne, że na egzaminach z pojedynczych przedmiotów syn miał niskie i średnie noty a na egzaminie gimnazjalnym weryfikowalnym dla całej Polski bardzo wysokie. Dawało to do myślenia.
Razem z innymi rodzinami edukującymi domowo od pewnego czasu sugerujemy wprowadzenie zmian w przepisach i podejściu do egzaminów. Przede wszystkim chodzi o zniesienie egzaminów corocznych a w zamian wprowadzenie egzaminów po pełnych cyklach dydaktycznych: po trzeciej i szóstej klasie, po gimnazjum i matura. Dzięki temu rodzice mieliby większą swobodę we wprowadzaniu zagadnień dostosowanych do poziomu rozwoju i zainteresowań dziecka. Taką możliwość mają nauczyciele, gdyż między szkołami są duże różnice w zakresie i kolejności wprowadzanego materiału. Dlaczego rodzice mieliby zostać pozbawieni takiego prawa? Sam zaś egzamin mógłby przypominać aktualnie obowiązujące egzaminy gimnazjalne, które złożone są z bloków przedmiotowych i sprawdzają w większym stopniu umiejętność korzystania z wiedzy niż pojemność pamięci.
Zdawanie co roku egzaminów z kilkunastu przedmiotów jest dużym wyzwaniem a jednak dzieci ED radzą sobie z tym obciążeniem bardzo dobrze, co świadczy o ich zdolności radzenia sobie ze stresem. Jeden z dyrektorów w podsumowaniu egzaminów zażartował, że nie wie czy jego kadra nauczycielska zdołałaby zdać egzaminy z tylu przedmiotów i w takim zakresie.
Były też pozytywne przypadki egzaminów, na których panowała bardzo sympatyczna atmosfera a dzieci były traktowane dojrzale i partnersko. Niektórzy nauczyciele potrafili uszanować wybór dzieci i ich rodziców, którzy na taka formę nauki się zdecydowali. W nieformalnych rozmowach wielokrotnie zwracali uwagę na ograniczenia systemu szkolnego i jego niereformowalność. Egzamin, który mogłabym polecić jako wzorcowy, zdawany był przez Przemka w drugiej klasie gimnazjum z języka polskiego. Zagadnienia do niego dostał kilka miesięcy wcześniej w formie przypominającej instrukcję do fabularyzowanej gry roleplaying. Miał się wcielić w postać rzymskiego skryby z 62 roku naszej ery i zrealizować różne zadania twórczo-intelektualne. Pod pretekstem owych zadań były ujęte wszystkie formy wypowiedzi obowiązujące ucznia w podstawie programowej i cały zakres tematyczny na dana klasę. Opisywał ucztę u Nerona, robił charakterystykę postaci, pisał ogłoszenia i listy, relacjonował wydarzenia a wszystko w formie intrygującej i pasjonującej gry. Powstała, własnoręcznie oprawiona w skórę, księga, z niektórymi stronami na papierze czerpanym, z rysunkami, mapkami i tekstami. Była to wspaniała praca projektem i większa część zaliczanego egzaminu. Chciałabym żeby na egzaminach w podobny sposób doceniano projekty i pracę własną uczniów edukowanych domowo. Jest to ważne dla samych dzieci by zwracano uwagę na to, czym się zajmują przez wiele miesięcy a nie tylko na to, czy napiszą poprawnie "dużą klasówkę".